U sąsiada trawa jest zawsze bardziej zielona. Co przeżywają koleżanki zza ściany?

Fot. iiii iiii / CC0 License
Fot. iiii iiii / CC0 License
Fot. iiii iiii / CC0 License

Jestem dziennikarką. Jestem kobietą. Jestem matką. Ale jestem też przyjaciółką, kochanką, sąsiadką, klientką w sklepie. Widziałam i słyszałam dużo. Od znajomych matek, córek, pracownic, sąsiadek, kochanek, żon i tych liczących na bycie żonami.

Anna każdego dnia planuje swoje wielkie odejście. Planuje i na tym się kończy. „Wtedy nie traktowałam tego jako gwałt. Usprawiedliwiłam go, bo przecież tyle czekał. Wymusił seks w dużym pokoju, gdzie córka spała. Nie chciałam, odmówiłam. Byłam wtedy w połogu. Ale on nie reagował, był jak w transie, miał dużo siły. Leżał na mnie na podłodze, a ja słyszałam, jak w pokoju obok dziecko zaczyna płakać. Płakałam wraz z nim, bo nie mogłam do niego pójść” – relacjonuje. Potem gwałty zdarzały się coraz częściej. Anna twierdzi, że wie, kiedy to się stanie, bo „coś w niego wstępuje”, zachowuje się inaczej, jest agresywny. Ona już wie, że powinna położyć dziecko spać. Żeby nie widziało. Żeby nie płakało. „Nie wiem, czy on mnie gwałci. Co ja bym miała powiedzieć na tej policji? Przecież poddaję się temu. Już nie krzyczę i nie proszę, by przestał” – mówi. – To fragment mojego reportażu dla Fakt24.pl.

Ola, 30 lat, twierdzi, że on zawsze wie najlepiej. – Źle się zrozumieliśmy, trzeba było lepiej mi to wytłumaczyć- przytacza jego słowa. Ona zawsze jest winna. Źle zrozumiała, źle powiedziała, nie pomyślała, za szybko zadecydowała. Za, za, za. Zawsze ZA. „Za” jest zawsze na początku. Potem pojawia się „już ty lepiej nie…”, „a czego mogłem się po tobie spodziewać”, „to może następnym razem zadzwoń i zapytaj”, „znowu przyniosłaś mi wstyd”. „Za” jest straszne, bo potrafimy być w jednym kontekście i za głupie i za mądre. Jak on to sobie uroi.

Przyjęcia u Dominiki wszystkim gościom zapadają w pamięci. Są i przystawki, i dania główne i desery, z tartaletkami włącznie. Idealna, pogodna, z córkami, biegającymi wokół basenu w lnianych sukienkach. Ale znowu nie tak uśmiechnęła się do tego gościa i znowu zapomniała, by wyjąć cholerne tartaletki  5 minut wcześniej. Bicie, bo zupa była za słona? To śmieszny, oklepany żart. Dominika po prostu nie dostała w tym tygodniu pieniędzy. Na szczęście dała jej matka. Czy odejdzie? Nie. Gdzie i za co?

Monikę wkurzał mąż. – To takie ciepłe kluchy. Zawsze przytaknie, wszystkim pomoże, jest jak chorągiewka – mówi po krótce. Lubi być u jego boku, bo jest tak, jak ona chce. Zakupy, planowanie urlopów, wyższość francuskiego nad grą w tenisa – to do niej należy ostateczna decyzja. Czy jemu to nie pasuje? Nikt tego nie wie, bo nigdy nie powiedział tego głośno. Czy Monice to nie odpowiada? Pewnie nie, dlatego też po nocach wzdycha do Tomka z pracy. Choć ów Tomek pewnie sam ma wiele wad.

– Bo ja bym chciała, żeby on o mnie zabiegał. Tak, wiesz, zdobywał. Nie że każdego dnia, ale tak czasem – mówi z kolei Magda. Ma dom, ma dzieci, ma pracę, ma nowe szpilki. Nie ma natomiast chemii. – Głupio mi, gdy mam ochotę komuś powiedzieć, że moje małżeństwo się nie udało i chcę odejść. Bo co mam powiedzieć? Skoro nie bije i nie pije? – z tym pytaniem mnie zostawia. A ja znam to pytanie. I znam ten dziwnym wyraz twarzy rozmówcy.

Karolina była bardzo szczęśliwa, gdy w końcu trafiła na prawdziwego faceta, który potrafił ogarnąć jej rozwydrzone dzieciaki. Miał swoje zasady i umiał je egzekwować. Nagle chodziły jak w zegarku. Po czasie dowiedziała się, że po prostu były zastraszane i bite. One przeżyły, ale ile z tych dzieci, których matkom sperma zalała oczy, nie przeżyło? Bo „nie widziały”, bo „skądże znowu”, bo „ja go znam”, bo „zauważyłabym”. Nie zawsze, kochana, nie zawsze.

Iwona w świetle innych bohaterek jest dość nudna. On poznał inną, zwariował, poszedł w tango, inna zaszła i klops. Taki ambaras. Iwona mówi, że wybaczy, jeśli on zerwie kontakt. Tamta mówi, że się zabije. A jak siebie, to i dziecko. Więc nagle ni z tego, ni z owego powstał przedziwny patchwork. Mąż jest z nią, ale jeździ tam. Ona nie wytrzymuje, jest rozwód. A potem już leci standardem – brak zatrudnienia = brak alimentów. Świadczenia, wnioski, podania, pozwy, miliony formularzy i 200 zł. I pomyśleć, że ślub brała jako 20-letnia panna z 21-letnim studentem, a teraz nie ma za co utrzymać trójki dzieci.

Ale! Ale! Znam też Maję, która kwitnie. Ale Maja nie ma dzieci. Maja nie ma bagażu. Maja nie ma rozwodu. Maja nie ma 500+. Maja nie ma rodzinnego. Maja nie ma zdrowotnego. Maja jest Mają – pracuje, kupuje torebki. – Jedna nowa na miesiąc. To moja nagroda za miesiąc pracy – mówi. I ja to szanuję. Bo, kurde, należy nam się. Ot, taka jedna fanaberia na miesiąc.

Napisałabym też o Monice, Magdzie i Karinie, ale chyba byłoby już za długo. U sąsiada trawa zawsze jest bardziej zielona. Radzę więc wejść do salonu.

Jaką kobietą jesteś Ty i co ukrywasz?