Z małym dzieckiem na drugi koniec świata. Jak przetrwać taką przeprowadzkę?

Fot. archiwum prywatne

Zazwyczaj narodziny dziecka oznaczają ustatkowanie się na dobre. Ale nie w naszym przypadku, bo jako rodzice niespełna dwuletniej dziewczynki postanowiliśmy wywrócić nasze i jej życie do góry nogami. Zrobiliśmy to, o czym żartem wspomina ostatnio wiele osób w Polsce – rzuciliśmy wszystko i wyjechaliśmy do Kanady.

Dlaczego? Bo mogliśmy. W naszej sytuacji to było stosunkowo łatwe: mój mąż (a co za tym idzie i nasza córka) ma obywatelstwo polskie i kanadyjskie, ja zaskakująco szybko otrzymałam kanadyjski status Permanent Resident, który umożliwia mi legalne zamieszkanie i podjęcie pracy w Kanadzie. PR to taki prawie obywatel. Dlaczego więc nasza córka nie miałaby wychowywać się w tak fajnym kraju jak Kanada? Wśród wielu argumentów za wyjazdem, ten był najmocniejszy.

Pierwsze kroki

A zatem kiedy tylko dostałam wiadomość z ambasady, że przyznano mi wspomniany PR, po prostu złożyliśmy wypowiedzenia w naszych pracach, kupiliśmy bilety i zaczęliśmy planować pakowanie. Wszystko szło zaskakująco szybko I sprawnie. Córeczka oczywiście nie wiedziała co się dzieje, nie miała nawet dwóch lat.

Czas leciał błyskawicznie. Wysyłaliśmy do Toronto kolejne kartony z naszymi rzeczami, pozbywaliśmy się wszystkiego, co nie jest niezbędne, zamykaliśmy wszystkie sprawy. Oczywiście staraliśmy się spędzić jak najwięcej czasu z rodziną i przyjaciółmi tak, jak by dało się nacieszyć nimi na zapas. Od razu zdradzę, że się nie da – szybko zaczęliśmy tęsknić.

W końcu nadszedł ten dzień i godzina zero. Ostatnie uściski na pożegnanie, łza w oku i już. Teraz martwiliśmy się, jak przetrwamy ponad ośmiogodzinny lot z tak małym dzieckiem? Poszło zaskakująco dobrze. Nasza córeczka była spokojna, sporo spała, fajnie się bawiła, nawet nie musieliśmy się ratować puszczaniem jej bajek. Kiedy po przylocie udało nam się dotrzeć do wynajętego wcześniej mieszkania szybko całą czwórką zasnęliśmy na jednym łóżku.

To, przez co potem przechodziłam ja nazywa się “miesiącem miodowym emigracji” – wszystko jest zupełnie nowe, inne, interesujące – byłam zachwycona. Niestety, z dwulatkiem jest inaczej. Mimo zachwytu nawet nam, dorosłym, odnalezienie się w tej zupełnie nowej sytuacji przychodziło nie bez trudności. Jak ma sobie z tym poradzić dwulatka? Dla tak małego dziecka i tak wszystko jest nowe, inne i interesujące, maluchy wcale nie potrzebują przeprowadzki na drugi koniec świata – ta tylko zabiera im wszystko to co znają, rutynę, której potrzebują i poczucie bezpieczeństwa. Wcześniej zastanawialiśmy się, czy nasza córeczka w ogóle odczuje zmianę, jaka zaszła w naszym życiu. Od pierwszych dni w nowym kraju nie mieliśmy wątpliwości, że ona wie. Dla niej też wszystko było inne i nowe, i to na zupełnie innym poziomie niż dla nas. Mówiła jeszcze niewiele, więc nie mogła nam powiedzieć co widzi, co czuje i co ją niepokoi. Mogliśmy się tylko domyślać.

Robak goes home

Domyślaliśmy się, że zaskakuje ją inny język. Czy to możliwe, że dziecko zauważyło, że wszyscy mówią zupełnie inaczej? Włączając w to nas, gdy przebywamy z innymi ludźmi? Jesteśmy przekonani że tak. Nie mieliśmy też żadnych wątpliwości, że dostrzegła, że ludzie wyglądają inaczej. W Toronto na każdym kroku spotkać można osoby wszelkich możliwych ras, kultur, wyznań. Rozumiem to, szanuję i chcę mieszkać w takim środowisku. Trudno jednak wymagać podobnego zrozumienia od dwulatki! Mieliśmy wrażenie, że na placu zabaw z niepokojem przygląda się dzieciom o innym kolorze skóry i… nie ma najmniejszej ochoty się z nimi bawić.

Fot. archiwum prywatne

Był też portier w naszym budynku – przesympatyczny, czarnoskóry mężczyzna. Jego kolor skóry oczywiście nie miałby dla mnie najmniejszego znaczenia gdyby nie fakt że… nasza córka panicznie się go bała. Co mogliśmy zrobić w takiej sytuacji? Przecież dwulatka nie wysłucha i nie zrozumie pogadanki o tym, że ludzkość składa się z różnych ras i każda z nich jest ok. Dwuletnie dzieci nie są poprawne politycznie. Ale tłumaczyliśmy. Zastanawialiśmy się też, czy portier wie? Czy jest świadomy tego, że nasze dziecko zaciska oczka na jego widok (klasyczny sposób małych dzieci na chowanie się – zamknę oczy, więc mnie nie widzisz), bo ma inny kolor skóry? Na wszelki wypadek opowiedziałam mu, że dziecko tak reaguje na wszystkich. Na szczęście problem rozwiązał się sam, nawet nie wiemy kiedy. Portier stał się ulubieńcem naszej córki. Nawet nie wiemy też kiedy przyzwyczaiła się do tego, że dzieci w piaskownicy i dorośli na ulicach mogą wyglądać bardzo różnie, inaczej niż my. Teraz, po dziewięciu miesiącach od przeprowadzki nasza córeczka chodzi do żłobka, w którym ma znajomych z Syrii, Indii, Korei, Rosji – to, że mogą wyglądać inaczej i poza angielskim posługiwać się różnymi językami (tak jak my), jest dla niej najbardziej naturalną rzeczą na świecie. Chyba nawet podłapała od kolegi kilka rosyjskich słów. A niech sobie łapie, najważniejsze, by dobrze znała angielski i polski.

Co do tego, że chcemy by nasza córeczka była dwujęzycznym dzieckiem nigdy nie mieliśmy wątpliwości. Teraz, kiedy żyjemy poza granicami Polski, jest to oczywistość i konieczność. W żłobku słyszy angielski, w domu polski. W efekcie, oba języki łapie w mig i całkowicie je miesza. “Ania no home, Ania going tutaj”, “Ania tutut, inny home, miau!” (Ania jechała samochodem z tatusiem do domu naszego znajomego, na miejscu był kot), “Hi robak! Robak goes home” (na widok każdej mrówki na chodniku) – wiedzieliśmy, że tak będzie, ale jakoś nie przestają nas te dwujęzyczne zlepki zaskakiwać. I jesteśmy spokojni o to, że w odpowiednim czasie oddzieli dwa języki i obydwoma będzie się biegle posługiwać. A jak sobie na razie z tym poradzi? O to też jestem spokojna. Dwujęzycznych dzieci jest tutaj mnóstwo i nikogo to nie dziwi.

Babi, gagi, Skype i rodzinne relacje

Kolejną ważną sprawą, jaką musieliśmy sobie na nowo ułożyć, są kontakty z rodziną w Polsce. To, że nie będziemy się widywać często, jest jasne. Ale jednak bardzo chcemy by nasza córka miała bliskie relacje z babcią, dziadkiem, ciocią. Pozostaje więc tylko inwestowanie w jak najczęstsze podróże przez Atlantyk i… oczywiście nieodłączny towarzysz wszystkich emigrantów, Skype. Dla takich osób jak my Skype odgrywa szalenie ważną rolę. Słyszałam ostatnio historię chłopca, który z jakiś powodów w swojej ojczystej Armenii był wychowywany głównie przez babcię i dziadka, w wieku trzech lat ze swoimi rodzicami przyjechał do Kanady. Za babcią i dziadkiem tęsknił bardzo, rozmawiał z nimi często. A kiedy panie w żłobku poprosiły go, by narysował swoją rodzinę, całkiem wiernie odtwarzał na kartonie… symbol Skypa.

Przed przeprowadzką, kiedy my byliśmy pochłonięci pakowaniem i domykaniem wszystkich spraw, nasza córka spędziła wspaniały czas ze swoją babcią i dziadkiem. Ale na Skypie początkowo rozmawiać z nimi nie chciała. Bo chyba nawet dwulatka rozumie, że to nie to samo, co prawdziwe spotkanie. Dlaczego odkąd zmieniliśmy otoczenie babi i gagi nie mogą do nas przyjść? Pobawić się? Zabrać mnie na plac zabaw? Ciężko wytłumaczyć to dwulatce. Potem chętnie z nimi rozmawiała, cieszyła się na każde połączenie, sama o nie prosiła. Potem znów przestała. Za to w jej zabawach babi i gagi grają kluczowe role. Córeczka bawi się lego w babi i gagi, rysuje babi i gagi, rozmawia z nimi przez zabawkowy telefon. Nam dorosłym ciężko jest się w tym połapać, ale babi i gagi niewątpliwie odgrywają w jej świecie niemałą rolę.

Pewnego razu podczas spaceru moja córeczka zwróciła uwagę na lecący na niebie samolot. Powiedziałam jej, że takim samolotem leci się do babi i gagi. Od tamtej pory za każdym razem gdy widzi samolot na niebie wyciąga paluszek ku niebu i woła: “babi gagi!”. Czy ona myśli, że oni w tym samolocie mieszkają? Kiedyś czytałyśmy razem jakąś książeczkę dla dzieci, była tam mapa świata ze zwierzątkami. Moja córka pokazała paluszkiem na Europę i powiedziała: babi gagi tu, potem na Amerykę Północną i dodała: Ania tu. Fakt, kiedyś jej to pokazywałam. Nie sądziłam, że zwróci na to uwagę. Bo przecież w przyszłości nie będzie pamiętała, że w ogóle mieszkała w Polsce. Tu jest jej świat, tu jest jej dom, rodzice, przyjaciele. Ale integralną częścią tego świata są też babi gagi, ciocia i kuzyni widywani na Skypie lub raz do roku na żywo.

Od naszej przeprowadzki minął prawie rok. Czy jesteśmy zadowoleni z naszej decyzji? Zdecydowanie tak. i sądzę, że nasza córka w przyszłości też nie będzie żałowała. My jednak wciąż żyjemy zmianą, która zaszła w naszym życiu. Dla niej ten nowy świat jest jedynym, jaki zna. I najważniejsze, że jej się podoba.

Emilia

 

Emilia – mama, żona, emigrantka. Lulkę i Celinę poznałam w pracy. Wprawdzie zdalnej, ale kontakt pozostał. Teraz jeszcze bardziej zdalny, bo dzieli nas 6931 kilometrów i 6 godzin różnicy w czasie. Lubię zaglądać na ich blog, toteż z chęcią przyjęłam propozycję gościnnego występu na nim. I z przyjemnością jeszcze wystąpię, jeśli zaproszą. A sama bloguję na: outside-the-comfort-zone.com